poniedziałek, 8 sierpnia 2016
Odczuwam taki przeogromny dyskomfort. W tym momencie zrobiłabym dosłownie wszystko byleby tylko nie iść do pracy na noc. Czuję taką pustkę, której nie zapełni nic, ani jedzenie ani zakupy, ani miłość nawet, tylko po prostu jak śniegowa kula nawarstwia się selfhejt i widzę siebie na 100 możliwych sposobów i wszystkie są złe. Czekam na Alka aż przyjdzie z pracy, 4 godziny później ja zacznę swoją i twarz będzie mnie swędzieć, a ja będę dostawać mini ataków paniki co 15 minut, bo dotychczas byłam pewna, że co roku to angielska woda albo jedzenie nie sprzyjają mojej cerze, w zeszłym tygodniu na przestrzeni 3 dni zjadłam około 2 kilo czekolady popijając czekoladą w różnej postaci, więc moja nowa teoria to jednak to sławetne kakao, ale cokolwiek nie powoduje tego, że moje twarz wygląda jak wegańska pizza z dużą ilością papryki, przeżywam mini katusze za każdym razem, gdy muszę na siebie patrzeć, albo gdy wiem, że Alek się na mnie patrzy. Powinnam też przystopować z tym wirtualnym ekshibicjonizmem, tak mam co jakiś czas, że więcej mnie wszędzie, a z drugiej strony myślę sobie, że to co wrzucam, w sumie nie jest żałosne, to są czasem jakieś snikpiki naszych przygód albo aesthetics, piękne widoczki, naturelovers itp. i w sumie to nie obnażam aż tak swojej prywatności, tylko otoczenie, więc... Co w tym złego? Czy muszę non stop mieć do siebie o wszystko pretensje? Chyba nie. Co jeszcze. No przeczytałam w jakieś trzy godziny tego nowego Harego Potera, od którego bije po prostu aura TO NIE JK ROWLING MNIE PISAŁA, ale jak na taką nocną lekturę, niesamowicie się podśmiewywałam i postanowiłam oczywiście w domu przeczytać wszystkie części tak dla odświeżenia. W miedzyczasie Alek spał u mojego boku, bo miał na szóstą do pracy i bardzo go kocham tak w ogóle. Potem pokroiłam moje ulubione owocki, wsypałam moje ulubione płatki, bakalie i nawaliłam masła orzechowego, po czym chciałam polać te FRYKASY moim ulubionym jogurtem kokosowym (w sensie wegańskim) i jak już wlałam, to spojrzałam do otwartego od 1,5 dnia opakowania, a tam czarny grzyb żył swoim życiem i cała zawartość miseczki też nadawała się do wywalenia, bardzo chciało mi się wte.dy płakać, ale na pocieszenie zjadłam niewegańskiego naleśnika Karoliny z ricottą i truskawkami. Moc serc. No i oczywiście godnym wspomnienia jest fakt, że kocham biegać, bardzo, jak zawsze, niezmiennie, to jedyny stan, w którym naprawdę czuję się DOBRZE i nie mam żadnych wątów do wszechświata, tylko ze niepokoi mnie, że czasem po prostu jakaś złość i zawiść mnie do tego motywuje, a nie chęć robienia dla siebie dobrze. No i faktycznie dość regularnie biegam, nie tak często, jak bym chciała, ale nie mając jakichś wielkich celów przed sobą, satysfakcjonuje mnie 10 kilometrów 3 razy w tygodniu. Chętnie wystartowałabym we wrześniu w swoim trzecim wegańskim biegu, ale mam zamiar wtedy się smażyć na plaży na Krecie, więc... No nie wystartuję. No ok, piszę tą notkę od dwóch godzin i w międzyczasie zdążyłam zrobić zakupy w Debenhamsie za 50 funtów, ale pocieszającym dla mnie jest to, że połowa z nich to prezent dla jednego z moich ulubionych Paroli. Takie mam tutaj informacje pourywane, bo rzadko piszę i potem się nawarstwia. Pooglądałabym sobie olimpiadę zamiast operowania dwoma maszynami od 22 do 6 rano, ale taki już mój wakacyjny los, idę smażyć więcej naleśników dla Alsona i medytować.