środa, 16 maja 2018

Czuję taki okropny ścisk w żołądku i mdłości. Jak za bardzo naładuję się nienawiścią, czerpię z niej przez dni lub tygodnie i tylko tym się karmię. Nie mogę jeść, nie mogłabym też spać, gdyby nie Alek i ketrel. Takie tutaj pitiful pitu pitu, ale ostatnio do drugiej w nocy wymyślałam przepiękną parabolę, naprawdę obiecywałam sobie, że z rana ją spiszę. Ale potem się obudziłam i nic już nie pamiętałam. Trochę skłamałam. Tak naprawdę to mam wielką ochotę jeść śledzie tylko i wyłącznie. I tak, już Babcia spojrzała na mnie TYM spojrzeniem, ale nie, nie wyprodukowałam malutkiego podobnego do mnie zjebka. Mam nadzieję, że nasze dzieci przynajmniej skórę odziedziczyłyby po rodzinie Alka, jakaś taka ładna troszkę oliwkowa karnacja i gładkie nogi. A ja to jestem jak taki biały robak zbyt długo żyjący pod ziemią. Pamiętam, że moje opowiadanie dotyczyło szacunku i wyobrażenia, jakoby był on piłeczką, którą się tak odbija odbija paletką, a czasem, jak się komuś go okaże, to ten ktoś łapie piłeczkę w dłoń, pokazuje środkowy palec i czmycha, kradnie piłeczkę. Nie będę się rozwijać, bo dużo lepiej brzmiało to w mojej głowie. Chęć poczucia się dla kogokolwiek autorytetem dobija mnie przez taką otoczkę każącą mi zwątpić w swoją wartość, znowu, bo przecież tak naprawdę to nie mam żadnych podstaw, by w jakiejkolwiek dziedzinie być autorytetem. Alek uważa, że dobrze gotuję. Ja wiem, że umiem grać w Gwinta i carbonara mi niezła wychodzi. No to tyle, hej!

niedziela, 15 kwietnia 2018

Dorosłość to dla mnie szukanie w internecie sposobów na umycie szyby piekarnika domowymi sposobami i zapłacenie wszystkich rachunków w terminie.

wtorek, 27 marca 2018

Tak właśnie sądziłam, że zarówno bieg, jak i wyskok postowy, mógł być jednorazowy, jednak chcę przeciwstawić się tej passie i opisać swój bogaty w przygody dzień. Nie ironizuję z tymi przygodami, a jest dopiero w pół do trzeciej. Z pożyteczniejszych rzeczy, które dziś zrobiłam, mogę wymienić na przykład: wstanie o dość wczesnej, jak na dzisiejszą mnie, godzinie, udanie się na pobieranie krwi do laboratorium Bruss, pójście na pocztę i zakupy, zrobienie sobie hybrydowych pazów, obejrzenie kilkudziesięciu filmów Katarzyny Nosowskiej na instagramie i zagniecenie ciasta na pizzę. Zacznijmy może od początku. Bardzo ucieszyło mnie, że pani pielęgniarka bardzo wprawnie i bezboleśnie wkłuła się w moją żyłę, często w przeszłości pobieranie krwi kończyło się wielkim siniakiem i jakimś dziwnym skrzepem w zgięciu mojego przedramienia. Nie zrobiła też ani jednej uwagi nt. tatuaży, nawet nie spojrzała krzywo. Można być profesjonalnym? Można. W uszach wyobraźni jednak brzmiało mi echem pytanie o brązowawo-fioletowawy już ślad po zębach obok mojego nadgarstka. Gdyby ono padło, odpowiedziałabym, że to pies mnie ugryzł. A gdybym tak odpowiedziała, jestem pewna, że pani pielęgniarka umiałaby rozpoznać tak dokładny odcisk ludzkiej szczęki. Na tyle dokładny, że ucieszyłby np. Paulę, albo jakiegoś odważnego ortodontę, który ośmieliłby się założyć Alkowi aparat. Pytania i odpowiedzi te jednak nie padły, na co odetchnęłam z ulgą, bo po co się tłumaczyć, że narzeczony ugryzł mnie tak mocno, obejmując szczękami nadgarstek, by pozbawić mnie z ręki noża, którym chciałam w zeszły piątek zabić i jego i siebie... Tak chyba było, nie pamiętam. Szczegółem drugiej przygody dnia dzisiejszego była uwaga pani kasjerki w E.Leclerc. Mój koszyk wyglądał bowiem tak: 0,7 whiskey, dwie szklanki do whiskey, talerzyki w zyzgakowaty wzór przypominający podłogę z Twin Peaks, sushi nori, ocet ryżowy, olej sezamowy, gotowy zestawik fit-sushi, dużo ryżowych i gryczanych makaronów, mango i dużo sera. Pani nieśmiało wybałuszała oczy, dodając, że kurczę, drogie te talerzyki, jeden za 10 zł, nono, takie jedzenie azjatyckie to można z takich jeść, hoho. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć, więc, z zaciśniętą szczęką, z powodu delikatnego stresu spowodowanego interakcją społeczną, wycedziłam, że to yyy prezent, toteż nie żałuję piniędzy. Toteż. Ja pierdolę. No to już nie było zbyt profesjonalne, wprowadzać mnie w poczucie winy, że kupiłam takie niewielkie talerzyki w geometryczny wzór za 10 zł za sztukę, no kurczę, podobne często są w Ikea i ceny też wahają się od 8 do 12 zł. Ukrytą prawdę w mojej odpowiedzi, poznał tylko ten 0,7 Johnnie Walker, ponieważ jest prezentem-bez-okazji dla Alka. Trochę, by mu wynagrodzić fakt, że mam depresję, wychodzę z domu maksymalnie 3 razy w tygodniu, w tym raz na terapię i raz pobiegać. No i też jako nawiązanie do jednej z bardziej długotrwałych prokrastynacji w moim życiu, a mianowicie promowaniem alkoholu w serialu Jessica Jones. Muszę teraz teraz szybciusieńko zrobić tą pizzę, bo zaraz wraca z pracy, a ja nadal się zastanawiam, czy nie wydałam za dużo na talerzyki i składniki sushi. To z kolei inspiracja Iron Fistem, tj. nie sushi samo w sobie, ale z niewiadomych mi przyczyn, mam spory apetyt na japońskie i chińskie jedzenie. No i na obicie komuś twarzy, w sumie to ogólnie na bijatykę. Jeśli ktoś chciałby się ze mną bić, prosze o kontakt na instagramie lub facebook'u, pozdrawiam.

środa, 21 marca 2018

Jest możliwym, że tak bezpardonowo (nienawidzę tego słowa) wtargnęłam z tym postem, w mało zaskakujący sposób, opiewający bieganie. To wszystko to się chyba opiera na chęci bycia fajną. Gdzie tam mądrą, zdrową, po prostu ludzie chcą być fajni. Może jeszcze gdzieś żyje ta mała społeczność, w jakimś bunkrze na przykład, która kiedyś mnie lubiła i podziwiała, ale na ten moment, natenczas, sama siebie i to w przesadzony sposób, muszę dowartościowywać. Prawdopodobnie na skutek ostatnich miesięcy, przeleżenia stycznia w depresji i przejeżdżenia lutego z astmą po Niemczech, moje resztki samozachowawczego instynktu, chcą mieć jakąś radość z życia, by się przypadkiem, nie poddać. No i bieganie jest bardzo fajne, nawet jeśli w nadmiarze nie chwalę się już w mediach społecznościowych, że jestem super-fit, a nie jestem, to taka po prostu świadomość, że miałam tyle siły i odwagi, że wyszłam z domu, daje mi poczucie, że jestem fajna. Łatwo się w tym zatracić, bo nie ma jakiejś dolnej granicy, może tak na przykład wszyscy są fajni, ale w wielu przeróżnych kategoriach. Nawet jeśli ten bieg taki jeden, pokraczny, krótki, pełen przechadzek przy akompaniamencie złośliwych popiskiwań ptactwa wodnego, wywołał u mnie, niewidziane od końca listopada, stany samo-zadowolenia, to było to tego warte. Między poprzednim postem, a tym, wzięłam prysznic, i myślałam tak sobie bezwiednie, że o, ale jesteś dzielna, Iza, uu, jeden bieg, a Twoje ciało takie jakby bardziej sprężyste, jak sprężynka. A potem jeszcze zrobiłam sobie bardzo smaczną PRZEKĄSKĘ, smakołyk, serek wiejski z gruszką, żurawiną i masłem orzechowym (przepis na moje gówno już wkrótce na blogasku ;))), a chciałam ugotować owsiankę, ale zaczęłam już gotować wodę, kiedy zorientowałam się, że nie ma płatków owsianych, no i nagle, znów self-loathing mode, że jestem beznadziejna, bo nie przewidziałam braku płatków owsianych. Jak te mechanizmy, kurwa, działają? I gdy kroiłam tą gruszkę i już wiedziałam, że znów tu legnę coś napisać, przyszła mi na myśl jeszcze inna metafora. Spojrzałam na awokado z Biedronki, było bardzo tanie, ale gdy Alek przyniósł dwa do domu, już wiedziałam, co je czeka, znam ten typ. Zgnije zanim dojrzeje! Jak moje życie! Nie zdążyłam nawet dorosnąć porządnie, a te kubły goryczy, które codziennie mogłabym wylewać z siebie, na swój temat, na temat rzeczywistości i sensu istnienia, są po prostu niezliczone. Więc, podsumowując raz jeszcze, jeśli ta pierwsza od dwóch miesięcy i 10 dni przebieżka (ale tamte też były byle-jakie, a poprzednie to w ogóle w październiku) powoduje, że chociaż trochę czuję się fajna, podczas gdy w niczym innym się nie czuję, no to jest to tego warte, bym się trochę jednak popisywała i wrzucała instastories z relają z cwału nadmorskiego. Tak.
Zima. Tak, ten zbrodniarz wojenny. Tu była bardzo rozległa metafora nt. procesów norymberskich i Argentyny, ale ostatecznie, nie jestem gotowa na popisywanie się swoją historyczną niewiedzą, wtykając w wymyślne literackie zabiegi, pełne nieścisłości historie.
Zdecydowanie pomocnym jest wizualizowanie swojego przeciwnika, słabości, które chce się pokonać. Uosobiłam sobie tą zimę i wyimaginowanymi zaciśniętymi piąstkami próbuję zadać kilka mocnych sierpów, a następnie kopniaków, leżącej i dogorywającej, jako że dziś mamy pierwszy dzień wiosny. Boże, ale jestem zła. To tylko zrzucanie odpowiedzialności za swoje porażki na ten abstrakt, ale konfrontacja z faktem, że to na mnie spoczywa wina, jest trudniejsza niż wyjście na przebieżkę. Albo w zasadzie, tak samo trudna, bo coś mnie do tej pory zatrzymywało w domu, cosik to wszystko jest połączone, bieganie z pisaniem też. Zmuszenie się do tego, czego brak w moim życiu też doprowadzało do przeróżnych stanów w ostatnich miesiącach, było to chyba po części symbolem, odzwierciedleniem bardziej, tego, czego tak się bałam. Dopuszczenia do siebie natłoku myśli, które zawsze przychodzą, gdy biegam. Taka jest już natura (serio?) tego sportu i dlatego też przez ostatnie, nie wiem, 5 lat, regularnie go uprawiałam, by się oczyścić z nadmiaru negatywnych myśli i wypocić wszystkie lęki. Jak ten narkotyk, coś, że jad żaby jakiejś z Amazonii? Że tam się przykłada i co, potem tam się rzyga i się jest zdrów jak ryba, czy coś. Nie, chyba to nie tak było. W każdym razie, to nie ten pieprzony zbrodniarz, Zima, ponosi odpowiedzialność za moje lenistwo, ani astmo-podobna przewlekła choroba płuc, na którą, podobno, jestem teraz skazana. W sumie to nie wiem, jak to działa, że podczas przymiarki sukni ślubnej (o ile tak można nazwać wciskanie się w nią jak w za mały kombinezon płetwonurka w pokoju u Cioci, jednocześnie wyginając się i wijąc jak wężowidło, by tylko ta [Ciocia] nie zobaczyła satanistycznego tatuażu na moich plecach, w zasadzie to po fakcie dokonanym zakupienia owej sukni i perspektywie 100 dni na zwrot), zaniepokojona swoim odstającym brzuchem, zaczęłam snuć hipochondryczne hipotezy na temat domniemanej przepukliny, ciąży, eee... Wszystko to po to, by nie zdać sobie sprawy, że jest za zimno, by uprawiać sporty na wolnym powietrzu, a ja codziennie opierdalam sobie jakieś przysmaki, leżąc w pozycji foki przed komputerem. Przysięgam, tak było. No i znowu piąstki zacisnęły się w brudnych od zaschniętej krwi przeciwnika bokserskich rękawicach. Te wszystkie metafory i wzrost agresji mają swoją genezę w uzależnieniu od netflixowych, marvelowskich seriali. Tutaj mi się włączył Tata Murdock na przykład. W każdym razie... Legenda głosi, że można biegać bez informowania o tym społeczności internetowej, ale w grę wchodzi też codzienna motywacja, pompowanie ego, takie tam. A to spełnia swoją rolę. Dosyć milczenia w sprawie krzywd, które wyrządziło mi to trzymiesięczne przedłużenie zamrażarki na naszą szerokość geograficzną. Dosyć. Znowu poruszam się w świecie złudzeń i wyparcia, "dosyć beznadziejnych wymówek, że ekhy ekhy się duszę, biorę bardzo wyciszające wszelkie stany pobudzenia leki i w ogóle, że jestem biedna, zmarznięta i słabiutka".

poniedziałek, 22 stycznia 2018

Racjonalna strona mnie bardzo wątpi, ale odczuwam nieśmiałe pokłosie styczniowego fatum. Fatum Przełomu Roku, jak można je nazwać. Z niewyjaśnionych przyczyn zawsze w tym okresie przytrafia mi się coś trochę złego. Tj. coś obiektywnie trochę złego, bo będąc wnuczką swojej babci, zdecydowanie mam pewną ukrytą cząstkę hipochondryczki w sobie, jednak przez ostatnie lata nie zwykłam płakać, bo np. jestem bardzo chora, tzn. fizycznie. Mam tylko jakieś takie mgliste wspomnienie z końca semestru maturalnej klasy, gdy bardzo zależało mi na czwórce z chemii (muszę dodać, że miałam rozszerzone biologię i chemię), a w okresie klasówek i zaliczeń semestralnych, byłam bardzo chora, miałam grypę, gorączkę i omamy wzrokowe. No i na pierwszym roku anglistyki, ale to tak na przełomie stycznia i lutego, aż mi Staszek wpisał 3 z literariness z (wydaje mi się) odrobiną współczucia. W zeszłym roku też byłam lekko wykluczona z życia społeczno-studenckiego, bo przecięte w grudniu żyły i ścięgna prawego nadgarstka nie chciały się zrosnąć, szwy puszczały, rana ropiała, a ręka pulsowała mi całymi dniami i nocami, przypominając o zakażeniu. No dobra, wtedy był taki moment, w którym naprawdę się przestraszyłam perspektywy amputacji, ale był tak krótki, że teraz uważam, że to absurdalne. No i teraz, od początku grudnia, nie mogę się wyleczyć z dość poważnego zapalenia płuc, świszczącego nad przeponą, jak gdybym miała w niej dziurę, przepuszczającą powietrze jak nieszczelne okno. I ostatnio na terapii już definitywnie zostało powiedziane, że trywializuję gadanie o śmierci, by mieć do niej większy dystans i się nie bać, ale mam to po ŚP Mamie, wieczne powtarzanie, że już nie mam sil, serio, powieszę się i tyle z tego będzie. No ale powtórzę się, nawet chyba przed rokiem tu to napisałam: co jeśli wszystkie prośby rzucone w eter nie pozostają bez echa? Że mogę w różnych pseudomodlitwach prosić o ukrócenie mi czasu mąk w tym ludzkim padole, ale ok, mówi Pan Bóg, jak tak bardzo chcesz, da się zrobić, ale nie ma nic na zawołanie, będziesz umierać miesiącami w bólu i depresji, tak upokarzających, że na sam koniec, będziesz prosić, by jednak to wszystko odwołać, ale już będzie za późno. By pozostać w tym słodko-gorzkim klimacie ze smutno-poczciwym uśmieszkiem, dodam tylko, że ponoć wychodzę za mąż we wrześniu tego roku. (edit: jednak później, bo Maciek też bierze ślub i Karolka by nie miała jak przyjechać tak zaraz po sobie i tak dalej, no nieważne, ale to lepiej, może schudnę). Planom nie ma końca, ale w doczesności ból sprawiają mi bodźce zgoła przyziemne, niespodziewane, szpileczki wymierzone z taką precyzją i perfidią, że powinnaś się wstydzić, Zła Osobo, że taka właśnie jesteś, że to właśnie o Tobie świadczy, że w chrześcijańskim duchu nawet Cię nie potępiam, ale uważam, że obiektywnie, zasługujesz na karę godną samej siebie. Przykro mi, że tak właśnie upada ludzka przyzwoitość, chyląca się ku temu latami. Myślę, że zamiast złości i nienawiści, jaką do mnie żywisz, pomóc Ci może tylko spokój ducha i szczęście szczęściem innych - mi pomaga. Siet, może powinnam odejść od tych apostrof w ogólnie otwartych miejscach w internecie, to nie te same karalne groźby, które wystosowała do mnie ongiś ta Osoba, no ale..

niedziela, 7 stycznia 2018

Mam za dużo myśli i pomysłów na wszystko, więc leżę na boku jak morświn w szarym dresiku, którego nie prałam już od ponad tygodnia i popijam czystkiem grahamkę z kupnym hummusem. Muszę pospisywać jakieś rzeczy, przeczytać jakieś rzeczy, by znaleźć jakiś schemat we własnych motywacjach i działaniach i by zrobić po prostu sobie lepiej, niż jest, bo muszę przyznać, bez większego użalania się nad swoim losem, że ostatnio jest bardzo źle. Nigdy chyba nie umiałam tu napisać z radością, że życie jest cudowne, a ja jestem wspaniała, ale na pewno humorek i autoironia kryjąca się gdzieś za literkami, dawała znać, że mam ostatnią krztynę dystansu do bieżących spraw i tak sobie tylko rozmyślam o samobójstwie. Z przymrużeniem oka. O zajebaniu się z uśmieszkiem pod wąsem. Ale w sumie to nie mam teraz trochę siły na ten właśnie humorek, po prostu przekroczyłam nieświadomie jakąś granicę swoimi działaniami, za którą racjonalne myśli z własnym dobrem jako cel, są tylko migoczącymi impulsami nerwowymi w nieadekwatnych sytuacjach. To jakby być już na skraju, ale lekki straszek i adrenalinka przypominały, że jesteś tchórzem Iza, umiesz tylko o tym gadać i grozić. To też nie są myśli mające moje dobro na celu, to i tak delikatnie upokarzające, że nie jestem nawet na tyle silna, by skończyć ten bolesny łańcuch dni, tygodni, miesięcy, lat, by po prostu uczuć ulgę. No bo strach, że potem może być nawet gorzej, ale to chyba niemożliwe, pusta i cicha ciemność wydaje się zdecydowanie bardziej radosną perspektywą, niż ciąg zasypiania się i budzenia się z łzami w oczach bądź oczami sklejonymi zmęczeniem i smutkiem w ciekłej postaci.

Wczoraj Michał nagle napisał, że weź Iza nie szydełkuj tylko napisz książkę. I od razu się uniosłam, co było oczywiście ukryciem strasznego wstydu, że ktoś przeczytał coś, co kiedykolwiek napisałam (nie liczę swojego promotora), a to z kolei było ukryciem tego, że wstydzę się przyznać, że ja naprawdę chciałabym napisać książkę. Tylko co by to było? Zbiór zbyt żałosnych i osobistych eseików, sprawozdań z dnia codziennego okraszonych rubasznym dowcipem, wulgaryzmami i nowomową.

Patrzę na stojącą na komodzie przy łóżku butelkę wody Nałęczowianka, gazowanej. Napis na etykiecie głosi też "Dodaj GAZU swoim pasjom!", nie jestem w stanie na to nawet wybałuszyć oczu, mam zbyt dużo skojarzeń, ale na prowadzenie wychodzą wypełnione gazami zwłoki. Wyszły na prowadzenie, bo dodały gazu, he. Żałosne. Ale muszę też przyznać, że czytanie kryminałów Jo Nesbo to naprawdę niezły sposób, by zapanować nad swoim moralnym roztrojeniem. Boję się troszkę seryjnych morderców na przykład, a jednocześnie wczoraj, z braku leków, bardzo mocno próbowałam wbić głowę w poduszkę w najwygodniejszym miejscu i w tej najwygodniejszej pozycji postarać się jak najbardziej rozluźnić swoje naprawdę bardzo zmęczone zmartwieniem ciało i jedyne, co pozwoliło oddać mi się w końcu snom, było fantazjowanie o bardzo wyrafinowanych morderstwach. Dobrze, że nie można karać za wyobraźnię, tzn. można, ale zrobi to pewnie Pan Bóg.

Odkryłam bardzo realistyczną możliwość ucieczki za ocean, ale wiąże się to też z pewnym ryzykiem i inwestycją. Dr Williamson powiedziałaby mi pewnie, że warto, bo jestem młoda i to jest właśnie ten moment, dodając "madam" na końcu. Sęk tkwi w tym, że zawsze, ale to zawsze, powtarzam sobie to, co powiedział taki pan duński pisarz, gdy byłam kiedyś na spotkaniu z nim, jeszcze na starym wydziale filologicznym UG. Jeden ze studentów skandynawistyki tłumaczył go symultanicznie, ale brzmienie duńskiego bardzo mi się spodobało. W każdym razie powieść traktowała o panu, który uciekł na Grenlandię, bo miał bardzo dużo problemów, ale w duńskim jest takie powiedzonko, którego pochodzenie pewnie wywodzi się jeszcze z ludowych opowiastek, że problemy to takie chochliki i inne elfy, jest na to odpowiednie określenie, które będą Cię ścigać no matter what, nawet na Grenlandię. Nawet do pełnego sekwoi lasu na granicy Kanady i stanu Washington. Tylko kurczę, od czego zacząć załatwianie wizy?

Wypełnienie mnie odrobiną nadziei poskutkowało. Napisałam do Alka, który jest w pracy w niedzielne wczesne popołudnie, czy wyszedłby ze mną na krótki bieg wieczorem, a odpisał, że jasne, chciał mi to zaproponować. Jasne. No ale nawet powstanie z łoża w celu wzięcia ciepłego prysznica daje mi już pozory zapanowania nad swoim życiem, jest fantastycznie, ja to ja, ale przynajmniej nie będę śmierdzieć. Depresja to cuchnący biznes.