piątek, 7 kwietnia 2017

Kobiety Hemi'ego

Nie wierzyłam w zasadzie, że można uwodzić tylko myślą i słowem. I to nawet nie wprost. Dopiero, gdy poznałam bliżej Ernesta, zatrząsł on moim światem i sprawił, że moja chęć ścięcia włosów na krótko jest silniejsza, niż kiedykolwiek. Bycie szczupłą, krótkowłosą, młodą i silną kobietą z książki Ernesta Hemingwaya jest teraz jednym z moich niedoścignionych marzeń. ale zadowoliłabym się nawet daniem w twarz Humbertowi Humbertowi i połamaniem rąk Popeye'owi Faulknerowskiemu. To była krótka notka o tym, jak zakochałam się w modernistycznej literaturze amerykańskiej i o tym, że nie lubię podrywu zza kawiarnianej lady, co sprawia, że pienienie mleka i nalewanie Złotych Lwów jest tylko trudniejsze. Co do tych brutalniejszych wyżej wymienionych akcji, to tylko dlatego, że moja głęboko ukryta feministyczna cząstka daleka od utożsamiania się z N. Przybysz, budzi się do życia i chce znowu trenować boks.

piątek, 31 marca 2017

O rety, jeszcze jedno mi się przypomniało, jeśli chodzi o wrażenia jakieś negatywne. To takie ukłucie, jak jest źle i nagle z niewiadomych przyczyn Twoja jaźń sprowadza na powierzchnie wszystkie największe żenady Twojego życia. Ale takie chwile, na których myśl samą się czerwienisz i chcesz zniknąć z powierzchni wody (edit: napisałam "wody", dlaczego ja napisałam "wody"? oczywiście chodziło mi o planetę Matkę Ziemię), często towarzyszy przy tym tak wyraźny wstyd, jak w chwili, gdy się działo, często ma to związek z jakimiś okołoobrzydliwymi rzeczami albo na przykład bardzo tępymi pomyłkami, przejęzyczeniami, publicznym ośmieszeniem się. Dzisiaj miałam bardzo straszny sen i myślę, że to on tak negatywnie wpłynął na resztę dnia, choć tak naprawdę to i tak dość udaną. Pierwszą połowę tam sobie ominę, bo to są w sumie Oli prywatne sprawy, ale potem wracaliśmy z Alkiem z Jelitkowa i on nagle musiał jechać do Warszawy z Żabianki, polskim busem. No to wracałam na piechotę, a to około kilometr, może nawet więcej. I na ostatnim odcinku, sam taki mój osiedlowy prostokącik przy Chłopskiej, od Biedronki do mojego bloku... Nie miał prądu. I było naprawdę ciemno, naprawdę. I nawet żadnych świateł samochodów, księżyca, gwiazd, nic. No może taki naprawdę lekki zarys kształtów, ale bardzo się bałam i słyszałam wokół jakieś nieco pijańcze okrzyki, chyba nawet w moją stronę, ale postanowiłam pobiec ostatnie 150 metrów do swojego bloku i biegłam i biegłam i niby nie wiedziałam, ale jednak wiedziałam, że zaraz na kogoś wpadnę i wpadłam. I poczułam miękkość czyichś ubrań i ciepło ciała, ale wiedziałam, że wpadłam na złą osobę, tzn, po prostu sama wbiegłam na potencjalnego zabójcę-gwałciciela i jak mnie złapał w ferworze mojego wpadania, to już nie chciał puścić i zaczął obmacywać (a ja, nie wiedzieć skąd, miałam w ręku pustą butelkę po Frugo [?] i zaczęłam go okładać bezskutecznie), ale nawet nie miałam głosu w gardle, by krzyczeć i tylko tą świadomość, że naprawdę to ja sama na niego wpadłam, nikt mnie nie gonił, nie napadł, tylko że to moja wina. I Alek powiedział, że bardzo się rzucałam i krzyczałam głośno, a potem NIE WYOBRAŻACIE SOBIE jaka to była ulga, gdy odkryłam, że to sen. To wszystko brzmi bardzo tak filmowo/książkowo, że och uf uszczypnęłam się w policzek! Ale czułam w organizmie tak niewiarygodny skok adrenaliny, jakby to wszystko działo się naprawdę i w sumie cały dzień towarzyszyło mi uczucie jakiegoś takiego ciepła-ciała-zboczeńca. Więc przesrane tak ogólnie, bardzo się boję, zwłaszcza, że jestem sama w domu na dwa dni. :/ I pointa miała być taka, że to ukłucie jakiegoś wstydu na wspominki ośmieszenia jest podobne do tego, jak sobie przypominam ten sen.
Takie takie wrażenia. Złe wrażenia. Ale nie w sensie, że się sprawia złe wrażenia, tylko bardziej ponure przeczucia, lekkie ukłucia niepokoju. Pierwsze, to takie wrażenie, jak się lata cały dzień, cośtam, dużo się dzieje, a zjadło się tylko 70% miseczki owsianki rano i garść cukierków z dni otwartych Uniwersytetu. Potem się wraca i ma się na wszystko ochotę, więc żeby nie przesadzać z rozpustą, to się wlewa do miseczki dwa małe jogurty naturalne activia, łyżeczkę nasion szałwii hiszpańskiej, garść muesli i łyżkę masła orzechowego, miesza miesza miesza i je i potem się ma taaakie wyrzuty sumienia, że ma się przykre wrażenie, że coś w środku mnie pęcznieje, ale nie błonnik, nie, jakieś komórki tłuszczowe. Nawet na karku! A narzeczony w Warszawie na cały weekend, światowiec się znalazł. Inne wrażenie, że to się zrobiło już naprawdę złe wrażenie na drugiej z kolei siostrze narzeczonego, bo po jednym piwie powiedziało się "Ale nienienienie Julka ja Ci przysięgam, jest publiczna filmówka w Gdyni! Taka, co współpracują z Łodzią!" i po tygodniu Julce się przypomniało, że jej obiecałam, że jej to znajdę i szukam i nic takiego nie istnieje, ale no naprawdę, jak byłam w klasie maturalnej, to Mama mi mówiła, że w telewizji mówili, że taki oddział Łódzkiej filmówki będzie w Gdyni! Zawsze Alek mi mówi, że mam wrażenie, że nikt mnie nie lubi, bo za bardzo się staram. Lol. Nie, ale naprawdę, jakby się nad tym zastanowić, to bardzo haha ha, bo narcyzm. Inne wrażenia, to że maseczka koreańska YOJA cośtam buster łota wajtamin si itd., ma taką konsystencję, jakby wnętrze mantarynki rozbełtać z białkiem jaja i potem nie mam zielonego pojęcia, czy mam to DELIKATNIE WKLEPAĆ OPUSZKAMI PALCÓW, czy serio zmyć, nie znam koreańskiego, a nigdzie w internecie nie ma informacji na ten temat, ale podejrzewam, że zmyć. Światowy narzeczony nie odpisuje, jest mi bardzo przykro. Mam też złe przeczucie, że mi się coś nie uda, w sensie, że naprawde nie dam rady zdać tej pracy w tym roku, czemu w ogóle Beckett, nie mam pojęcia, dzisiaj córka mojego promotora kilkunastoletnia incognito na dniu otwartym mojego instytutu anglistyki i amerykanistyki jakoś przywróciła mi wiarę w sens tego całego przedsięwzięcia i w ogóle dzieciaki są super czasem. Odobraziłam się na UG i przestałam śpiewać "W. oddawaj moje dwa miliony" za każdym razem, jak dr W. znikał za winklem, no bo przez wielką pomyłkę nie dostałam stypendium rektora za marzec, ale może już o tym pisałam, i jakos ogólnie jest mi przykro, że jest piątek wieczór, a ja chyba sobie ugotuję dwie pyzy z mięsem za karę, że mi Alek nie odpisuje, a już dawno skończył seminarium.

środa, 22 marca 2017

Mimo że zaniechałam psychologizowania w momencie, gdy przestałam mieć cokolwiek wspólnego ze studiowaniem psychologii, czasem nie rozumiem pewnych rzeczy i próbuję je usilnie zrozumieć, tłumacząc sobie, najczęściej chyba, Freudem. Nie rozumiem moich pokrętnych obronnych mechanizmów, które koniec końców nie chronią mnie przed lękiem, a tak naprawdę, uświadamiając sobie ich działanie, ów lęk odczuwam ze zdwojoną mocą. Takie tam, że przed dorosłością, tłumem ludzi w TKMAKSIE itd., to jedno, ale dlaczego w momencie, gdy już NAPRAWDĘ powinnam usiąść do pisania licencjatu, nagle piszę tu i dlaczego w momencie, kiedy powinnam w zasadzie czytać opowiadanie Hemingwaya na fakultet i w ogóle na ten fakultet wyjść, olewam uczelnię drugi dzień z rzędu i idę sobie radośnie hasać po lesie? Ucieczka, 100% ucieczka. Ładnie to sobie wszystko tłumaczę, słodkie cytryny (to też w temacie odkładania wszystkiego na ostatnią chwilę, ale ten mechanizm tak obrazowo pokazuje nie tylko moją miłość do owoców, ale i FUTILITY OF HUMAN EFFORTS, ten tytuł mojego rozdziału powtarzać będę do usranej śmierci, ale właśnie mi się przypomniało, jak zjadłam kilogram cytryn, żeby nie dostać w Bieszczadach okresu :/ wiejskie podania tak yy podają), o czym w zasadzie pisałam? A, że sobie tłumaczę noooo akurat na bieganie to czasu mi nie szkoda, akurat olanie fakultetu przeżyję, bo w końcu biegam! Tak, a nie ma lepszego nawilżenia fizis niż własne i osobiste sebum. No ewentualnie koreańska maska w płachcie, którą właśnie mam na swoim pryszczatym mocno licu. Jak to w końcu jest z tym przesileniem? Zapytałam wczoraj kilkukrotnie prawie zamężną Paulę, jedząc pudding chia w madisońskim biowayu. Nie wiemy, bo to też w sumie łatwo sobie tłumaczyć zawsze brak sił i chęci do wielu rzeczy aktualnym ustawieniem względem siebie planet, no ale dopóki nie wypadają nam włosy garściami, cieszmy się wiosną. Zakończyłam kulawo patetyczne frazesy. No i jeszcze jedna adnotacja, paulikowa fryzurka nigdy nie wychodzi z mody i pociesza mnie myśl, że mimo że ścinam włosy w następny wtorek, będe mogła uprawiać tą iluzję, chociaż nigdy nie wychodzi mi tak wyględnie, jak autorce. Ostatnio też pokusiłam się o niecny występek (niecny dla samej siebie i np. swoich kolan), zapisanie się na maraton. Tak, 42 kilosy, ej, a może o tym pisałam w poprzedniej notce? Tak rzadko tu zaglądam, że naprawdę nie pamiętam (i motywacją chyba jest, kurczę, wyżej wspomniana, bo może jeszcze tylko Ola czyta moje dziwne eseje od czasu do czasu), w każdym razie to już nieaktualne, bo naprawdę nie jestem w formie. Gdy się zapisywałam, przyświecała mi ta myśl, którą i wygłosiłam Rafikiemu na schodach Kurhausu jakiś czas temu - że to kwestia psychiki i jak sobie postanowię, że przebiegnę, to przebiegnę. Ale właśnie ta psychika zaczęła u mnie szwankować z powodu braku leków, ominięcia wizyty u lekarza, zorientowania się, że recepta się przedawniła 2 dni po jej przedawnieniu. Więc tak naprawdę, to próbuję teraz zniwelować AUTENTYCZNE oznaki pms-u i stwierdzoną ongiś bezsenność, bieganiem. I rowerem. No i jest bardzo ładna pogoda. Kocham wiosnę, naprawdę kocham wiosnę. Jeśli to czytasz, Alek, to daj mi proszę feedback, czy w końcu chcesz się ze mną żenić, no bo kurde sorry, 2 lata po oświadczynach, na jesień 2018 byłoby spoko, ale jeśli później, to ja rezygnuję. W końcu zegar biologiczny tyka. Bardzo głośno tyka i to wrzaskami dzieci wokół. A i ostatnia wzmianka o mechanizmach obronnych Zygmunt Inspired: uciekanie od wszystkiego w grę w gwinta, całe szczęście nie na pieniądze, ale gdy mówię "Ok, wracamy do realnego życia, już kończymy, no jeszcze jedna partyjka, ok, to teraz wracajmy. Na Skellige znaleźć Berserków!!!!" moja wewnętrzna Freya jest niepocieszona. I ostatnia, najpoważniejsza, najsmutniejsza. Jak bardzo można przerzucić uczucia, np. miłość. Nigdy mi nikt nie zastąpi rodziców, ale ja oczekuję od osoby, którą kocham bardzo dziwnych rzeczy i czuję, że mocno przerzuciłam uczucie z Mamy na Alka i to mocno boli, bo i tak wszystko zawsze się kończy, albo ktoś umiera, albo odchodzi, albo zdradza, albo przestaje kochać (mamy nie), więc ogólnie to jest bardzo niemiłe uczucie i np. Iron Maiden śpiewało, że jest cienka linia blabla, ja naprawdę mam sentyment do Iron Maiden, ale ostatnio lubię takie soundtracki do konkretnych pór roku, np. jesień 2016 - Massive Attack, Horseback i Death in June w drodze na koncert Death in June. Nie mogę sobie przypomnieć, z czym kojarzy mi się Kreta, ale czasem wspominam smak winogron prosto z dzikiego krzaczka. A w tym roku jedziemy na Sycylię, żebym mogła umrzeć pod Etną. I nie ma, że się boisz latać, Aleksander Parol, Ty jęczybuło. :/ Nie no, nie jest aż takim. Ma bardzo mocne uczulenie i poszedł ze mną biegać, co prawda przez 6-7 kilometrów wydawał się mocno naburmuszony, ale to może dlatego, że świeciło nam słońce w twarz, a go swędziały oczy itd. Papa. 

piątek, 10 marca 2017

A ja za to bardzo lubię idącą wiosnę. Lubię, gdy wychodząc z klatki, nie uderza mnie w twarz jakaś olbrzymia różnica temperatur. I gdy mogę zboczyć z trasy w drodze powrotnej skądkolwiek i przejść się, podotykać pni drzew. Wiem, że to od jakiegoś czasu jest już w moim wydaniu bardziej niż egzaltowane, ale kiedyś jadąc pociągiem ze Świdnika do Warszawy, dokładnie było to zeszłym późnym latem, we wrześniu (tak, najbardziej magicznym miesiącu ze wszystkich), kiedy tuż przed wycieczką na Kretę, Alek postanowił mnie oficjalnie przedstawić obu babciom - kilka dni później wszyscy dowiedzieli się, dlaczego. Więc w tych nieodległych przedzaręczynowych wojażach, widziałam takie rzędem posadzone jodły pospolite. Chyba z pięć lub sześć, na pewno wrzuciłam zdjęcie na instagram (tuż przed wybuchem popularności - tak, naprawdę, poważnie traktuję to jako wyznacznik życiowego sukcesu, gdy nie mam innych, to po pierwsze, a po drugie taaak, gdy już mam wewnętrzną potrzebę ciągłego uzewnętrzniania wszystkiego - korzystam z tych dobrodziejstw, są te snapystory i tam naprawdę od zawsze widać, kto owe nadzwyczajnie interesujące historie sobie wyświetlił). W każdym razie, wtedy też postanowiłam uwiecznić przepiękny kształt jodły (rozważałam też świerk, ale krótko), a że uwiecznienie go aparatem w telefonie mi zazwyczaj nie wystarczy, tak też uczyniłam robiąc płótno z własnych okolic kostki prawej. A piszę o tym dlatego, bo gdy zazwyczaj, gdy się z kimś umawiam, mam jakiś apojntment lub inne ważne sprawy wymagające punktualności (pomijam kilka w moim życiu przypadków spóźnień, nie wiem dlaczego wszystkie w sercu swojej historii mają właśnie Olę), jestem naprawdę o wiele za wcześnie i błądzę wokół. Przytoczę coś, chyba mogę, jest te słynne "10 minut przed Panią Olą", tzn. jak się ma terapię umówioną na np. 17:10 i zawsze o tej 17 się tak chodzi między kamienicami Ogarnej, Bożeee. Tak właśnie w mój ubiegły poniedziałek chodziłam sobie 40 minut przed pracą. Po Oliwie i jakoś mnie tak wzięło na macanie drzew i poznanie przez dotyk i czułam się dosyć bardzo żywa. Czy, że żywotnie, kurczę nie wiem, ale czułam się dość dobrze. Że po Parku Oliwskim, który, jak powszechnie wiadomo, jest bardzo ładnym miejscem, to jedno, ale że było zimno, ja dopiero co złapałam przeziębienie, a mój telefon się rozładował przez zimno i nawet nie znałam godziny - to drugie, trzecie i dwunaste. Pointą jest w sumie to, że udało mi się wspiąć na wyżyny swojej fizycznej odporności na zmęczenie. W tym tygodniu, nie był to jakiś nie wiadomo jaki survival, naprawdę, ale do tego semestru, nigdy nie zarwałam nocy przez naukę, a teraz naprawdę widzę, że np., by zdobyć pieniądze na ważne rzeczy, muszę po prostu ciężko pracować i się nie przejmować. Oprócz tego, że czas płynął zawrotnie - już sama nie wiem, czy to aż taki plus, z tygodnia na tydzień czuję, jak robię się stara, sypiałam te siedem godzin na dobę, ku zdrowotności - zgoda, ale żadne leki, zwolnienia lekarskie ani gugole herbat z cytrynką (zrobione rękoma Alka, naprawdę zdolnymi do robienia, najlepszej na tej szerokości geograficznej, herbaty) nie powstrzymały krwotoków z nosa i płaczu z bólu zatok. A I OJEJ BOŻE, BYM ZAPOMNIAŁA, w ten czwartek na Tłumaczeniach odkryłam bardzo ważną rzecz, jak uwiecznię to pisemnie, to może bardziej zapamiętam i częściej będę stosować. Gdy zaczynami zdanie od yy adverbials, co to jest, okolicznik? To po nim NIE MA PRZECINKA! O losie, tyle godzin spędzonych na korekcie 90kilku stron Alka pracy licencjackiej i wszędzie po okolicznikach stawiałam przecinki, złoszcząc się bardzo na autora, że dotąd ich nie było. Milion zdziwionych i przerażonych własną głupotą twarzy Izy. I jeszcze jedna wazna wiadomość, ponad trzy lata temu z cokilkumiesięcznych bolesnych truchtań, z oblanej potem twarzy w grymasie złości, zrodziła się PASJA, peany, dzwonki, talerz. Ograniczyłam się jednak do dwóch biegów publicznych, bo mnie to nie kręci, że ludzie przede mną charają na mnie glutami na czas lub dziewczyny z włosami do lędźwi biegną 21 kilometrów bez gumki na owych włosach. Nie. Jednakowoż, dnia 09.04, którego przeddzień ważny będzie nie tylko dla mnie (!!! hasztag istotne zamążpójścia), mam nadzieję na przebiegnięcie maratonu. W sensie 42 kilometrów. Ja. Znów leci mi krew z nosa, teraz ciurkiem. Chyba z podniecenia. Idę spać, mam nadzieję, że jak się obudzę, to będę zdrowa, by iść trenować,  no i że pociąg Warszawa - Gdańsk już minie stację "Oliwa" o tej godzinie.

czwartek, 9 lutego 2017

Sentymentalnej podróży do wnętrza siebie stało się zadość. Patrzę, jak pstrykałam 7 lat temu w ferie w Roszkowie śniegowe badyle i zgrabne palce, a Alek przygrywa na hurdy gurdy przy świecach i wystawnym stole przysmaków Dżonego. Jeszcze Marcin, niewidziany od momentu, chciałam napisać matury, ale nie, pamiętam spojrzenia licealnych znajomych na moją czerwoną, spuchniętą od płaczu twarz na pogrzebie mojej Mamy. Kupiłam takie same rzęsy sztuczne NATURAL jak Paula i w ferworze ciepłych uczuć sprzed dwóch tygodni i gonitwy autonienawistnych myśli szukałam innych pomostów z przeszłością. Raz na dwa, trzy może lata widzę jeszcze Rafała, to jest niesamowite myśleć wiecznie, że się nie zmieniam, tylko obserwować zmiany u innych. I z myślą, że za 2 dni moja siódma Tool'owa noc, że na pierwszej siedziałam 5 godzin z Bartkiem, który zaledwie dwa lata później zmarł, trochę tego nie pamiętam, a trochę raz na kilka tygodni przez ten fakt płaczę. Dziś wsiadam na prom do Szwecji. Co prawda od pięciu lat rok w rok w tym okresie odwiedzałam Niemcy, ale skoro tutaj takie upały, to trzeba wybrać się jednak odrobinę bardziej na północ. Ten plecak Kanken jeszcze nie przyszedł, ale przystopowałam z tą nauką szwedzkiego, bo ja np. też się bardzo wkurzam, jak ktoś lubi Tool'a nic o nim nie wiedząc, więc uzewnętrznianie swoich chwilowych miłostek nie powinno wiązać się z wywoływaniem u kogoś miłego poczucia irytacji. Bardzo szybko się wzruszam, dużo myślę i analizuję, nie jestem chyba zbytnio yolo, ale odczuwam obrazami złe, ale i dobre emocje. Pociągam nosem czytając poezję Ezry Pound, drżę na słowa "ciało złożone ze słów". Nie doceniam tego, co jest teraz, żeby za kilka lat w desperacji szukać powrotu. Ile bym dała, żeby śniąc każdej nocy wracać kilka lat wstecz i znowu tego doświadczać. Ale nie szkodzi, egzaltowane proustowskie olfaktoryczne wspomnienia i zakurzone bibeloty nad biurkiem. Łabędź origami zrobiony przez Maksa na piątym wydaniu Tool Night'u. Ususzona limonka z Forum Romanum, z wakacji we Włoszech 2014. Mam nawet kwiata między stronami przewodnika po Wiedniu z 2007. Mija jedenaście lat odkąd moje życie zmieniło się dzięki "The Grudge" z "ulubiona piosenka" na epulsie Magdy Kosel.  

niedziela, 29 stycznia 2017

Gdyby za każdym razem, gdy podejmowałam jakieś ważne wybory, ktoś boleśnie pieścił moje boki prądem, a zewsząd spadałyby tablice w stylu animacji T. Gilliama z napisem "UUU THINK TWICE", (cyt. Phil Collins) prawdopodobnie nadal bym podejmowała te głupie wybory, ale gdyby ktoś mi powiedział, że za tyle i tyle czasu będziesz tak i tak nieszczęśliwa, to pewnie nadal nic by to nie zmieniło, a ja odpowiadałabym "i tak jestem i będę nieszczęśliwa". A co z uczuciami innych ludzi, Ty egoistyczna świnio? Właśnie spojrzałam w lustro po prawej, (zabrane kiedyś ze śmietnika - przypis autorki) i stwierdziłam, że jestem naprawdę okrutnie brzydka i bezkształtna, mam twarz jak mój ojciec. Słyszę kilka poklikiwań na minutę z drugiego pokoju i wiem, że Alek uczy się 29339 twierdzeń prof. Szarka na jutrzejszy egzamin z Rachunku Prawdopodobieństwa, a ja zaraz wychodzę do babci i w sumie to najchętniej wpadłabym w jakieś kanały i nigdy nie wyszła. Gdy to piszę, w drugiej zakładce piszę z Dżonym. Myślę, że będzie pomocny w przekonywaniu, że nie warto, jeśli jednak postanowię uciec sprzed ołtarza. Bo ja to już taka pewna nie jestem, że nie pofrunęłabym do Londynu na grzbiecie testrala. Mam ochotę zobaczyć Londyn TERAZ, obejrzeć Luthra, nie... Zobaczyć Londyn, a Alek nienawidzi latać i nie lubi Londynu. Kiedy na horyzoncie pojawiły się przedmieścia Bydgoszczy, a moje życie zaczęło się walić, strop zaczął się kruszyć, a z rur zaczęła uciekać para, uciekłam jak najszybciej na tył pociągu i spostrzegając, że nie istnieje kolejny wagon, wbiłam sobie w oko mieszadełko do kawy marki wars. Tak wygląda moje życie końca lat pacholęcych, tzn. nastoletnich. Albo ten zjebany 112 wracając z Openera. Podpaliłabym. I w te walentynki 2010 nigdy nie podeszłabym w przemoczonych butach pod fontannę Neptuna, nigdy. To najbardziej chciałabym wymazać, no ale co zrobię, no nic nie zrobię.