poniedziałek, 25 lipca 2016

Ok, korzystając z okazji, że mam ból dupy, miesiąc przelatuje szybciej niż światło, a ja znowu szukam pracy, napiszę notkę. Ogólnie mam ból dupy z powodu paradoksu nieskromności. Nie wiem, co we mnie zakodowało za młodu swoistą pokorę, a w swojej skrajnej postaci, hiperautokrytykę, prawdopodobnie skuteczne wychowanie mojej SP Mamy, ale gdy cechy te kolidują z latami tłumionej niemej agresji i genem megalomanii odziedziczonym po moim NWŻ* Ojcu, powstaje kwintesencja mnie, nienawidzącego się narcyza psychopaty. Bo to niby jest tak, jak ten zajebisty obrazek z tumblera, którego zreblogowałam jako niezrozumiana nastolatka lat 23. Nienawidzę się, ale chciałabym, żeby ludzie mnie kochali, tj. i tak cały mój świat kończy się i zaczyna na mnie, mimo że bardzo tego nie chcę. Myślę, że spełniałabym się w jakiejś takiej pracy w kraju trzeciego świata, doświadczając cierpienia niewinnych, którego moja empatia raczej by nie zniosła i prędzej czy później powaliła na łopatki, ale póki jesteśmy tu, w środkowej Anglii, mam ból dupy z powodu niesprawiedliwości natury, która obdarza cechami osobowości niewspółmiernie, a już naprawdę strasznie nieproporcjonalnie jednostki wcale losowe. Czemu ludzie są nieskromni i dlaczego ja też chciałabym, a nie potrafię? Czy taka chęć to właśnie coś złego i nieskromnego? To jest niesprawiedliwe właśnie, kiedy pewność siebie nie jest cnotą, kiedy zapatrzeni w siebie jedynacy naprawdę-naprawdę żyją w przeświadczeniu o swojej lepszości i nie zdają sobie nawet sprawy, że perspektywa taka, bardzo powierzchowna, jest po prostu czymś niewłaściwym i niezdrowym dla przeciętnego człowieka*. Nienawidzę tego, co popkultura i nowoczesność robi z umysłami wrażliwych, ale chyba jeszcze bardziej nienawidzę tego, co otępienie robi z ludźmi bardzo mocno niedoskonałymi. Nie chcę uogólniać, że po prostu Złymi, bo np. Józef Stalin był zły, no ale wiecie co mam na myśli, z takimi, którzy wyznają złe wartości i po prostu nie grzeszą inteligencją, nawet jeśli oczytaniem na pokaz owszem. Chciałabym walczyć z np. zniekształcaniem obrazu ciała ludzkiego, chciałabym na zawsze pozbyć się takich kategorii w swoim życiu, że jedzenie = grubość = niepowodzenie w życiu, ALE czemu mam to robić, gdy widzę coś skrajnie różnego od siebie, bezpodstawną pewność siebie, chełpienie się tym, czego się nie ma, mam być dosłowna? Poczucie wyższości spowodowane obwodem uda równemu obwodowi mojej talii. CZEMU. Żałuję sobie dwóch jebanych łyżeczek naturalnego masła orzechowego do porannej wegańskiej owsianki, mówię, JEZUS GŁOSIŁ, umiarkowanie w jedzeniu i piciu... Nie kuirwa, chcę, żeby moja córka była kiedyś ponad tym wszystkim i wyrośnie na taką lambadziarę bez krztyny, no bez ultragrama samokrytyki, pokory, mądrości, okrzesania... Będzie miała to w dupie, te normy, owszem, ale nie można mieć ich w dupie nie majac w dupie też rzeczy ważnych? A może można? To będzie ten moment, w którym ją wydziedziczę. Także wniosek: cierpienie uszlachetnia, ignorancja uszczęśliwia. Coby uciec od emocji, jak to Pani Ola zwykła nazywać każdą autodestrukcyjną czynność dającą mi choć chwilę uciechy, można wypłakać sobie oczy przez 4 godziny wieczorem bulgocząc "ja nie chcę tutaj być" albo oddać się w 100% okowom zakupów ubraniowo-kosmetycznych. To takie dziwne i niepokojące, że można MI zazdrościć, podczas gdy ja już nie mam czego, chyba że właśnie tej udawanej beztroski pozwalajacej na opiewanie siebie, niewartej opiewania. Jak osiągnę wszystko płytkie, co chcę osiągnąć, zostaną mi już tylko tytuły naukowe, a z osiągniętego i tak nie bedę mieć satysfakcji równej tym, którzy nigdy nawet nie dążyli, nigdy nawet nie doświadczyli paradoksu "nienawidzę się, ale chcę żyć, więc muszę żyć z kimś, kogo nienawidzę".

NWŻ* - niestety wciąż żyjący
przeciętnego*, 99,(9)% populacji, nadprzeciętnym jest np. Maynard i Królowa Elżbieta