piątek, 26 lutego 2016
"Za czasów, gdy wyrażałam siebie, było mi dużo lepiej." - pomyślałam dzisiaj niezgodnie z prawdą. Ale to, czy zgodnie, to w sumie nie do rozstrzygnięcia, bo ma to sens, że tłumione jakieś frustracje potem eksplodują, a fajnie jest wyrazić coś w formie niewerbalnej. Nie mam jakiegoś skrajnie artistic mood, ale powiedziałam, patrząc na sweter Kuby Ziołka, kurczę, ten sweter, on jest taki spokojny i depresyjny i sam on jak w sumie spojrzał na mnie przy barze, męcząc papierosa, tzn. Kuba Z., nie sweter się na mnie spojrzał, był taki miły i spokojny. Było w tym wszystkim coś smutnego, a ja płakałam, jak śpiewał. Spróbuję jakiegoś pinteresta, bo na mojego tumblera i tak nikt nie wchodzi. A wchodzi? No właśnie, więc będę bardziej jeszcze kolekcjonować i może w końcu się do czegoś zainspiruję. Nigdy nie robiłam może zbyt dobrych zdjęć, ani nie umiem rysować, zdaję sobie z tego sprawę, ale jak byłam w stresie ostatecznym przed kołem z gramatyki, to aż się prosiło, tylko szary papier i pastele. Tymczasem pachnę męskim dezodorantem, żelem pod prysznic i kremem do twarzy i nic tylko czekać, aż Alek przyjdzie i powie "Ktoś tu jadł z mojej miseczki. Ktoś pił z mojego kubeczka. Ktoś tu się mył moim FA MEN...", no bo nie mam pieniędzy i mi się wszystko pokończyło. Wczoraj, gdy chciałam wyrazić siebie, chodziłam po domu z czerwonymi plamami na powiekach, inspirowane miu miu i vogue italia 2000 haute couture, czy jak to się pisze, w strasznej złości, że Alek nie zapytał, czemu od rana mam stany lękowe, chciałam skoczyć mu na stopę z całej siły, ale nie trafiłam i zaryłam piętą w kafelki, bardzo mnie boli i nie mogę biegać, schizuję się też, że mi się kość skruszyła albo że mam wstrząśnienie mózgu (uważam, że powinno być wstrząs, ale w filmach się mówi wstrząśnienie, jak martini).