poniedziałek, 22 lutego 2016
To naprawdę jest bezsensowne, żebym pisała, kiedy nie mam dziwnego rodzaju weny, no i w ogóle żebym pisała, a jak smutnym jest, gdy chcę się podzielić emocjami wywołanymi np. wczoraj, kiedy tego tutaj i tak prawie nikt nie czyta no i gdzieśtam moje internetowe jaźnie umierają, na razie trwając jak warzywa. Od czwartku odczuwam całkiem okołoszczęśliwą passę, najpierw chcę napisać o Bogu Luk. Trochę się pośmialiśmy, że Luke, I am your God itp. Ale to koncepcja taka, którą poznałam na wykładach z mini filozofii religii i chodzi o to, że jak trwoga to do Boga i generalnie się w niego nie wierzy, ale gdy jest coś, czego nie można wyjaśnić, to nagle wyjaśnia się wiarą, albo właśnie ja to rozumiem tak, że jeśli mogę sobie zrzucić odpowiedzialność z własnych barków i olać sprawę, pozostać w stagnacji i paraliżu wywołanym nagłym impulsem i pojazdem po moim ego, wolę się modlić i obiecywać dobre uczynki w zamian za pomyślność. Alek mnie przekonywał bardzo zażarcie, (nie za żarcie, jedyne, co mi obiecał to Wszystko i martensy z Hieronimem Boschem) w końcu złamałam się i mimo że do jedynej, prawdziwie zagrażającej mojej przyszłości na studiach, okoliczności, przygotowywałam się w odróżnieniu do innych zagrożonych, eee jeden wieczór i godzinę rano następnego dnia, poszłam na starcie ze Stevenem. Nie mogłam po prostu wcześniej, bo jestem przyzwyczajona do minimalizowania czasu poświęcanego na naukę, w krótkim okresie i pod dużą presją, przyswajam gigantyczne ilości wiedzy, a nawet jeśli nie przyswajam, to nagle dostaję niespodziewany zastrzyk pewności siebie, wierzę, że zdam i zdaję, nie mam pojęcia dlaczego, skoro w głowie nie mam nic. W każdym razie, nieprzyzwyczajona do sytuacji, w których naprawdę trzeba postawić na straszny wysiłek, kucie i pamięciówkę, po prostu wiedziałam, że nie zdam, ale tak się nie stało. Namówiona przede wszystkim przez Alka poszłam i znowu nadrobiłam brak wiedzy Czymś, Co Nie Wiem, Jak Działa. Albo Bóg mi pomógł i nie mogę sobie przypomnieć, co mu obiecałam w zamian. To był szczęśliwy dzień, bo po kole przyjechała Kasia z szarlotką, rzadko się ostatnio widujemy, ale to sprzyja naszej relacji, piłyśmy monte drinki, przyszedł Michał z Olą i jedyne, czego mi brakowało (czułam się dopełniona przez kilka momentów), to obecność Alka. Następnego dnia nie pamiętam zbyt dokładnie, bo nie działo się nic ciekawego, oprócz wykładu z historii USA i pójścia po Alka na Krzywoustego, ale bezwstydne zdjęcia w sieci uświadomiły mi, że naprawdę nie jestem głupia, a żadna gramatyka wcale nie jest miarodajnym sprawdzianem mojej inteligencji, nawet jeśli jest gramatycznej wiedzy. W sobotę trochę się leniliśmy, a ja miałam swoje odpały przez zaburzony rytm brania leków, ale wieczorem, znowu, mimo że niechętnie do tego podchodziłam, przyszedł Michał z Olą na obiecany za opiekę nad Tuliuszem hummus i piwo. Ostatnio jest bardzo fajnie mając małą namiastkę Maksa tak blisko na Przymorzu, nie jest to oczywiście tak, że rzeczona para jest tylko tą namiastką, ale nieco rzadziej przypominam sobie żeby być smutną, jak to było, kiedy to Maks wpadał tu dwa razy w tygodniu albo jechałam z nim i Kasią gdzieś na rowerze. Było bardzo fajnie i do trzeciej w nocy graliśmy w makao, poczułam, że mam życie, chociaż nie uważam, że to też życie definiuje, po prostu chodzi o subiektywne odczucie. Wczoraj zaś, na lekkim kacu pojechaliśmy do babci, a potem na spontaniczny koncert w Sopocie i ten koncert miał być clue tej notki, ale jako że i tak się rozpisuję, to trochę ukrócę. Ogólnie to Duch Tornada, album Alamedy 5 bardzo zrobił moje wakacje, kiedy umierałam z tęsknoty za Aleksandrem, czasem jak słyszę głos Kuby Ziołka, to myślę sobie, że gdybym miała wybrać jeden głos na świecie, by go ciągle słyszeć, to właśnie byłby ten, sorry Alek. Ma takie załamania melodii, których zawsze szukałam i żałuję, że tak rzadko przysuwa mikrofon do ust, ale koncert był w zasadzie jego duetu z Wacławem i naprawdę poczułam się pełna, spełniona, dokulturalniona, wzruszona i szczęśliwa, jest to bardzo dobra muzyka i bardzo autentyczne emocje, które ciężko mi opisywać bez obrzydliwego egzaltu. Podeszłam w ogóle do Kuby, żeby mu podziękować za to, że wysłał mi Katahdin od Innercity Ensemble gratis, bo zwlekał z Duchem Tornada 2 miesiące.... Nie wspomniałam, że mu groziłam mailowo, ale co ja jeszcze mogłam powiedzieć oprócz kurtuazji, na które odpowiedział kurtuazjami? To zawsze jest ten problem, że niektórzy idole (jak Małgosia) są tak blisko i okazują się takimi zwyczajnymi, dobrymi ludźmi, że można z nimi pogadać, czy kurde nie wiem, zapalić papierosa i z drugiej strony są tak odlegli, bo to jednak skomplikowane umysły i autonomiczne jednostki, mają swoje życia, jedzą, srają, a ja kuję im pomniki trwalsze niż z lastryko, bo tak wiele uwagi w moim wewnętrznym smutnym życiu poświęcam im i ich wyrobom. W każdym razie, od czwartku włącznie, abstrahując od moich długotrwałych problemów, bardzo dobrze się czuję i posłucham właśnie sobie Starej Rzeki. Papa.