Chyba już w ogóle z bezsilności mam dużo w dupie, a przy ugniataniu ciasta drożdżowego na belgijskie gofry (i formowaniu weń anusa) jakoś tak zebrało mi się na przemyślenia, głównie dotyczącego mojej samoakceptacji i wieku. Z tą magiczną granicą roku, w którym kończę wow, 23 lata, myślę, że czas wyglądać i zachowywać się odrobinę dojrzalej, życie jest za krótkie, żeby nie wyrażać siebie szczerze i żałować i karać się za każdy przejaw pewności siebie. Kiedyś, niedługo po naszym poznaniu, Alek powiedział, że od początku byłam jednocześnie pewna i niepewna siebie i myślę, że to tylko rezultat, nie powód. Napisałam wczoraj pretensjonalną notkę w stylu tumblera, że ojeej, jeśli nie akceptujesz mnie, gdy jestem najgorsza, nie zasługujesz na mnie, gdy jestem at my best! Nie no, żartuję, bardziej było, że nie mam dużego wpływu na skoki mojego nastroju itp., a większość życia poruszam się jednak po ekstremach i to jest ogromnie bolesne dla mnie i w sumie dla ludzi wokół, zwłaszcza najbliższych. Oczywiście napisałam to po angielsku, żeby było na poważnie, ale jednak wstydzę się to wklejać. W każdym razie, mm, co ja chciałam, nie wiem. No podobają mi się bardzo pastele Witkacego i wczoraj chciałam coś porobić, w zasadzie robię wszystko, by nie uczyć się gramatyki, która po raz pierwszy w mojej naukowej karierze (nie liczę prof. UG dr hab. Emilii M.) tak podkopała moje ego. Pogodziłam się niedawno, że yyy rzucam studia. Kurwa, nie no nie rzucam, bo bardzo, naprawdę bardzo je lubię i chciałabym je kontynuować mimo wszystko, ale dla mnie poprawka to jak jej brak, w sensie, że już nie mam szans żadnych. A Alek mi właśnie pisze, że jak się pouczę, to mi kupi martensy w Hieronimusy Bosze. Załączam pamiętne ciasto.

Zdjęcie, żeby udowodnić, że jestem krzywonogim szpiegiem z krainy deszczowców.
Gofry niestety niewegańskie, ale żeby nie było, zjadłam ze smakiem i się nawet nie zrzygałam.
a