poniedziałek, 11 stycznia 2016
Coś teraz czytam o manioku i tapioce, a tak naprawdę moja dusza rozdziera się w cierpieniu i niecierpliwie domaga się wiosny, chociaż tak naprawdę, ku niej, to dłużej niż krócej. Neut te maself: herbal pałde nie pomoże na narośl panującą i walczącą o autonomię na moim dzielnie nie poddającym się trzonowcu (true story), ale piję tą amlę i czystka i pokrzywę, a na śniadanko dzisiaj jakże oryginalnie, SMOOTHIE, nie green, a pink, bo z buraka, ananasa, młodego jęczmienia, truskawek i wiśni. Jestem takim hipsterem, jeśli chodzi o te żarcie i lajfstajl, że aż mi się rzygać chce. Albo wskoczyć w śniegowce i przebiec maraton. Mój Boże, za niespełna 5 miesięcy czeka mnie półmaraton, a ja śpię do 10tej i płaczę po przebudzeniu, bo moje sny z trafnością 100% oddają to, czego boję się w dzień. Sweter ACNE się skurczył w praniu, mąka z ciecierzycy czeka na produkcję tofu (ostatnio sama produkowałam wegański jogurt za pomocą fiolki bakterii za 8zł, operacja ciupkę zakończona fiaskiem), koła czekają na napisanie, a dla mnie przeolbrzymim zaskoczeniem w ostatnim momencie jest, że tak, to ja mam je napisać, ale z czego, ale ja nie umiem. (powiedziałam to z akcentem z Belfastu/inspirowane Paulem Spectorem, którego kocham). Co do osób, które kocham, cześć Alek. Byliśmy ostatnio u fryzjera, ależ ja jestem chujowa w tych kurtuazyjnych gadkach u fryzjera, hihihihi, Pani tutaj maszynką zetniemy grzywkę i co, na niebiesko? HIHIHIHI, no na niebiesko, hihi. Lubię tych ludzi, jeja, ale naprawdę czasem mam ochotę zabić. = ) Alek trochę wyszedł jak detektyw Rutkowski, a ja no tak inaczej, mam pierdolca ostatnie pół roku na punkcie je neu, olejów i ziół i wcierek i myciu rozcieńczanym szamponem i maseczek z żółtkiem i awokado, cośtam, blabla, ale no, w tym dzikim zapuszczaniu zaczęłam wyglądać jak ziemniak na dwóch krzywych nogach i no, takiej szkaradności jak moja twarz już nic nie zaszkodzi. Oprócz tego, to codziennie pochlipuję na podłodze w łazience rozmawiając z BATERIĄ PRYSZNICOWĄ jako nagrobkiem mojej Mamy i mówię np. ojej, nie mam już sił, chciałabym umrzeć, ale potem jest mi smutno, że np. moi bliscy i Alek by musieli wyrzucać moje rzeczy, np. moją szufladę z bielizną, a tam jest tyle dziurawych skarpetek i starych majtek, serio, chyba nawet takie z czasu gimnazjum. Dobra, jebać to wszystko. = ) Idę na detoks, papapa.