niedziela, 4 października 2015

What can I say, piszę jakieś ćwierćnotki na telefonie, celebruję rocznicę grą w badmintona w pustym mieszkaniu na Gocławiu, przyzwyczajam się do robienia dwóch kaw co ranek i spełniania obietnicy owsianki codziennie przez wieczność (mocne zobowiązanie, wyjdzie Ci w końcu nosem, Aleksander). Jestem naprawdę zajebista hailując na starcie wegańskiego biegu i kończąc go dziesięcioma kilometrami w 47 minut. Może coś bardziej na bieżąco, a niedokończone pseudonotki i wypłakiwaniu oczodołów jadąc przez Mławę later. Jak ja mogę dzielić życie z fanem humoru Woody'ego Allena? Sama nie wiem, Babcia dzisiaj przy stole powiedziała patrząc się na nas czule i pokazując Jezioro Bodeńskie w atlasie na 8 klasy SP "trzeba się akceptować i kochać mimo wszelkich wad". Ma rację. Aleksander też powoli aklimatyzuje się na UG i zdążył już się powymądrzać przed profesorem zwyczajnym, habilitowanym i jeszcze 10 innych tytułów - kocham go. Tzn. Alka, nie tego pana pro... Blabla. Oglądamy Piekielne Gówno, sama nie wiem, dlaczego, poważnie, ten program pokazuje jak nie należy gotować i się zachowywać. Kręciłam 10 ton hummusu rocznie zanim to było modne, całe szczęście też przebiegam, przejeżdżam i ćwiczę obwodowo-siłowo-jogowo (wkrótce bardziej się rozkręcę wtryniając Fitstacje w każde możliwe okienko w moim planie i lukę różniącą mój od Alka planu) nadrabiając normę zaniżaną przez miłośników taniego alkoholu z małych miejscowości województwa mazowieckiego, o, właśnie ten poziom także ukazywany jest w Piekielnym Gównie, jeśli kiedykolwiek wyprowadzimy się do Miasta Stołecznego, co mam nadzieję, wkrótce się wydarzy, będę musiała zastanowić się, czy z litewskim nazwiskiem mającym swe korzenie w królestwie fauny (i tak lepiej niż grzybów), wpasuje się w elitarność wegańskich burgerowni, w których się lubuję. Poważny dylemat. :/