wtorek, 29 września 2015
To byl taki dziwny i bogaty we wszystko weekend, bo odkad wyszlismy z domu w piatek o 5:55, nasz pociag Pendolino zdazyl zafundowac smierc badz kalectwo eleganckie jak on sam, ciche, no i obsługa nie zapomniala o darmowym, dodatkowym poczestunku, uraczyli nas nawet mozliwoscia wyboru, woda marki kropla beskidu, kawa z saszetki wraz z zabielaczem rowniez z saszetki lub tez herbata czarna lub zielona z esencja cytrynki w... tak, saszetce. Przygodom nie bylo konca, w koncu ludzkie zycie między Orunia Dolna a Lipcami warte jest faktu, by zezowata chlopaczyna jeszcze chwile pomeczyla sie z warsowym wozkiem, jednak gdy dotarlismy do Miasta Stołecznego Warszawy, uraczylismy sie pysznym weganskim jedzeniem, a w moim przypadku również febrisanem, zdobyłam kilka zdjęć sików z Wisły i ból głowy przemierzając Most Poniatowskiego, następnie odebrałam pakiet startowy na wegański bieg . Kolejny dzień miał być jeszcze bardziej intensywny, ponieważ dopadła mnie choroba i ból istnienia, zwątpiłam w sens swojego jestestwa, a przede mną jawiło się 10 kilometrów przebiegniętych w deszczu na pierwszym publicznym biegu. Z Alkiem, Kasią i Jackiem, mimo słabej pogody, pojechali wraz ze mną do Parku Skaryszewskiego i mokli zajadając falafela i hummus i jakiejś smakowicie wyglądającej picie (nienawidziłam ich wtedy troszkę zjadłszy jałową owsiankę z gruszką kilka godzin wcześniej). Nikt nie zdyskwalifikował mnie za rzymski salut ku Aleksandrowi przed startem, a moje marzenie, by spotkać jedyną ogarniętą w kwestii wegańskich biegów znaną mi osobę, spełniło. Wyczaiłam z tłumu Michalinę w fioletowym polarku, od której biła arła stoickiego spokoju (true story), podczas gdy ja przeskakiwałam z nogi na nogę i to wcale nie było mi rozgrzewką. Może nie będę opowiadać jak to jest śpiewać sobie Ich Troje w głowie w tłumie truchtających wegan ani przeklinać w różnych językach, gdy będąc pewną, że łoo już połowa za mną = ) jakiś Pan z endomondo krzyknie "dopiero 3,6!", uśmiechy mych towarzyszy, okrzyk Mamy Michaliny i w ogóle dużo dopingujących, sprawiło, że biegłam najszybciej w życiu na takim dystansie, booo 10 kilometrów przebiegłam w 47 minut i 30 sekund będąc 13. kobietą, ale w ogólnej klasyfikacji to tak se. Dzięki za tą Czarną Sarnę, Michalina, łechczące, ale po tych fotach się trochę załamałam i postanowiłam OBCIĄĆ WĘGLE jedząc trzecią bułę z paprykowym hummusem. What next... Nie chce mi się bardzo pisać, a tę notkę podzieliłam sobie na trzy dni... Następnie nosiliśmy wiele książek z trzeciego piętra i na trzecie piętro. Pierwszy raz zobaczyłam Piaseczno z samochodu Komara, Alkowi udał się wtedy bardzo żart, że Ja: Co znaczy Kerfur, Alek? A: No jak to co... Ostrożnie. Dalej nie pamiętam, ale bolą mnie kolana i robi się zimno.