poniedziałek, 12 października 2015

Piekę właśnie najbardziej wymagające w mojej wegańskiej karierze ciasto, by wtorek był cotygodniowym powodem, by mnie lubić. Dzisiaj pani powiedziała, że ja to tak mówię chaotycznie i o chaosie, że nie da się nie zauważyć, że nie ma sytuacji, w której jest mi dobrze, ja jej na to o bieganiu, a ona chyba nie uwierzyła. Malkontenctwo z wyboru zauważyła również Izabela, która nad rzeką Trent zmusiła mnie do sikania publicznego, a ja jako że od czwartego roku życia nie robię tego nawet w krzakach, uległam jej jak i szampanowi Lambordżini i i tak schowałam się za drzewem najbardziej, jak tylko mogłam. Ból dupy - inni tak to zowią, być może, ale czekam od kilku godzin na pochwałę, że dzisiaj jestem grzeczna oprócz pewnego epizodu z makaronem i pesto z rukoli, o którym marzyłam to idąc wzdłuż Dworskiej czy może ul. PCK, bo niedaleko przychodni Lidl zaprasza bogactwem swego asortymentu. A piszę o tym tak o dla konsensusu, bo te wylizania resztek ciasta (wegańskie, to się nie potruję) są dla mnie policzkiem tego mroźnego wieczora. Ale wykład i Filozofia Religii niesamowicie w sedno trafiają. Karolina pisze: Zyga był cool, bo jak Alkowi rozwieje jego nową fryzurę, to mówię do niego "Zyga" z Samego Życia i Karolka jako jedna z nielicznych rozumie to porównanie.