poniedziałek, 14 marca 2016
First runner up? Serio? Dobrze, że nie przespałam tej zimy. Odkryłam kopalnię najśmieszniejszego kontentu tego tygodnia, a nie, jest dopiero poniedziałek, no w każdym razie nakładając na facjatę też kurkumę i bromelainę myślałam, że umrę z faktu pieczenia skóry i nagle jedyne, na czym mogłam się skupić to śpiewanie Lany Del Rey. To był straszny moment i cieszę się, że nikt nie był jego świadkiem. Zmokłam dwa razy, w drodze do Gdyni z powrotem, nabawiając się też zakwasów, ale wpłacając piniądz na półmaraton w maju, poczułam, że moje życie nie jest bezsensowne i uśmiechnęłam się do siebie z cichym "tylko ci się wydaje". Wczoraj o godzinie 19:40 szliśmy po ciemku wzdłuż brzegu Jeziora Żarnowieckiego, a ja nadziałam się na drut, następnie udaliśmy się na kieliszek wódki i przypaloną pizzę do przymorskiego sąsiedztwa. Ratuje mnie jeszcze perspektywa połowy Swiąt u rodziców Alka i nadzieja, na ogarnienie studiów w ramach "wytrzymania do czerwca". Ta.