Zadnym zaskoczeniem okazal sie fakt, ze najbardziej idealnym do dlugiej podrozy po germanskich nizinach, jest sluchanie Death in June. Za zachodnia granica wszystko wydaje sie bardziej zielone, nie w ten zarowiasty wiosenny sposob, w ostrym sloncu Lutego, ale lasy iglasto-brzozowe sa po prostu przepieknie chlodno ciemo-zielone. Tak, dziaram sie w ciagu miesiaca. Meczy nas troche berlinski brzuch, ale to nic dziwnego spedziwszy cztery godziny w centrum Berlina, powital nas tam wschod slonca uwieczniony na zdjeciach, bol plecow, moja pryszczata twarz bez makijazu, czekolada ritter szport z kawalkami eeee tortilli. Pamietasz, Ola, serniczki kurwa z patelni z riterkami! Alek jest najwygodniejszym i najbardziej kochanym lozkiem na swiecie, w polskim busie smierdzialy czyjes stopy i nasze powoli memlajace sie banany w reklamowce, a przygoda zaczela sie w ogole w tramwaju nr osiem, dla ktorego to charakterystycznym jest liczba minimum czterech panow stoczniowcow chowajacych puszke piwa za pazucha, najczesciej specjal czarna szmata czy podobny szczoch. Czasem tez jakis chlopiec z koprem pod nosem musi mowic na caly glos i tramwaj, ze do jego telefonu to jeszcze nawet nie ma oprogramowania na rynku i cos Ty, pisze podstawe z majzy!!!! Ale doceniam w tym momencie trase Berlin-Poczdam, odkrywam tez magie trzymania sie za rece, zwlaszcza gdy sa cieple, a ja na granicy snu nie moge oderwac sie od myslenia o smierci, smierci i np. smierci. Trzynasta godzina podrozy, to napisze potem.




