środa, 27 stycznia 2016
Przepraszam za tamte frustracje, czasem mam bardziej latynoski temperament, niż bym chciała. Wzmianka o fantazjach o morderstwach w sumie nie była przekłamana. Okoliczności minionych dni sprzyjały chyba bardziej cichemu smutkowi niż otwartej agresji, ale często boję się, że to pierwsze to jednak troszeczkę wyparcie, a drugie to jak bieganie. Podsumowując, marzy mi się wstawienie w widocznym miejscu komunikatu o tym, jak rozumiem bycie śmieszną, no ale może dosyć na tę chwilę, wyjątkowo wylałam żale ostatnio, a teraz to już mogę tylko wstawić na instagram zdjęcie swojego gówna z nadzieją, że kilka godzin później ujrzę podobne ciekawostki w innym miejscu. Dobrze, że tu mam wolny spejs, mogę się pośmiać z bitników i poezji świetlickiego, nie muszę nikomu tłumaczyć się, że sama ja żyłam przeświadczeniem, że sposoby pojmowania rzeczywistości ograniczają się do wyklętych poetów lub autorów tekstów typu she's lost control. Nie no, nie umniejszam sobie, żyję Toolem od jedenastu lat. Tak czy siak dzisiaj za to zrozumiałam o co w końcu chodzi z tym absolutem i jacy jesteśmy śmieszni w porównaniu z majestatem i stałością miejsc takich jak środek morza albo górska hala. Stoję też od jakiegoś czasu w miejscu, kiedy... Nie, nie będę się użalać, myślę, że ostatnio ludzie odbierają mnie najgorzej w skrajnych pozycjach, a w porządku, gdy jest ni to do dupy ni to fantasticznie, bo jestem ostatnio geniuszem zła i filololo, ale za to żałosnością na lekach i mamtowdupicznym mistrzem zakonu sren i ani nikt mnie nie słucha ani w ogóle nikt mnie nie zna, nie wiem, co się dzieje, może za dużo się zawczasu uzewnętrzniałam nt. chorób przyzębia, medycyny naturalnej, noise-rocka, weganizmu i biegania i może jednak za często się wymądrzam.