piątek, 4 września 2015

Znowu wsadzilas sobie koszulkę w spodnie. Iza, przestan. Ogólnie to jestem zawieszona w takim stanie emocjonalnym pomiędzy lajf iwentem na fejsbuku "liwing tugeder uif maj mysio pysio" a biciem rekordow czarnoskorych maratonczykow. Dzis czekamy na mnogość kurierow, ale o 11:10 skonczylam swoj bieg na 11,36km sprintem wzdluz Chlopskiej z Aleksandrem we zgrabnym cwale u boku. Kreuje tez swoja unikatowa marke, tj. no ok, nie kreuje, "muszę popracowac na komputerze" to tez przeklamanie i haslo leniwca, ale odkad za punkt honoru uznalam sobie posiadanie doglebnej wiedzy, w sumie to podstaw chociaz z chemii kosmetycznej i skonstruowanie wlasnego serum, kremu, perfum i mnogosci innych, co nota bene juz sie stalo, moje zycie po powrocie do Gdanska nabralo nowej jakosci. Wokół walaja sie pudelka z polproduktami, ja piekę weganski chleb, krecimy z Alkiem własne maslo orzechowe, wszystko jest hendmejd, eko i drogie (to na minus), przygotowuje sie do dwoch oficjalnych biegow no i zapomnialabym wspomniec, 1/3 moich angielskich zarobkow zdazylam juz wydac na nowego rumaka przyszłości, piekny czerwono-bialo-czarny pro rower górski marki Kelis, o imieniu Wilhelm. Zdążyłam juz zobaczyć tez uteskniona twarzyczke rusalki wodnej Oluni i przejechac z Alkiem ponad 120 km. A jutro Hel. Nadchodzi tez czas celebracji z okazji faktu, ze jakim trzeba byc odważnym, meskim, drwaloseksualnym i wyrozumialym mężczyzna, by ze mna wytrzymać rowny rok? No, to jest możliwe i nie znudzi mi sie robienie owsianki co ranek przez rok kolejny. Ament, serwus, szczęść Boze!